Jeśli jesteście absolwentami "Baczyńskiego" i chcielibyście podzielić się swoimi wspomnieniami ze szkolnych lat czy napisać co u Was słychać, piszcie do nas "STRONA - KONTAKT"
„Czas omija miejsca, które wspominamy”
Chodziłam do liceum w latach 2006-2009. często wracam myślami do tego okresu... I znów widzę szkołę pełną życia, codziennego gwaru, mnóstwo znajomych twarzy, moich przyjaciół i wspaniałych (mówię szczerze!) nauczycieli. Nigdy nie żałowałam, że wybrałam te szkołę; wręcz przeciwnie. Ciesze się, że mogłam poznać język hiszpański i uczyć się go.
To liceum ma swój klimat. Nie przeszkadzało mi, że miałam do szkoły pół godziny drogi, spacerkiem przez całe miasto. Warto było spędzić tam 3 lata, kiedy to już nie byłam dzieckiem, ale jeszcze nie byłam dorosła. Liceum to były marzenia, plany. Energia i zapał – tak to pamiętam. Długie przerwy – moje ulubione, gdy z dziewczynami z klasy chodziłam na obiady na stołówkę. Zawsze zjadałyśmy kilka waz zupy … To jeden ze zwyczajów, które teraz ciepło wspominam.
Lubiłam tez wycieczki szkolne, szczególnie wyjazdy do teatru. Brakuje mi tego, co już nie wróci. Najlepiej wspominam klasę maturalną. Maturzyści mają naprawdę dobrze! Gdy teraz przypominam sobie swój strach przed maturą, śmieje się z tego...
Doceniam wysiłki i prace nauczycieli, jestem im za nie bardzo wdzięczna. Podziwiam ich wytrwałość i cierpliwość. Chciałabym po latach móc pozdrowić ich, jak również kolegów i koleżanki z klasy; wspólnie odbyć podróż w dawne lata.
II LO to była moja szkoła i tak pozostanie.
Ewelina Kość
studentka II roku pedagogiki
maturzystka 2009
Moje wspomnienia z lat, gdy uczęszczałem do II LO w Świdniku są tylko dobre.
Miło będę wspominał wszystkich moich nauczycieli, którzy przekazali mi wiele wiedzy, ale potrafili tez rozmawiać na wiele innych tematów, nie związanych ściśle ze szkołą. To dzięki nim tak dobrze zdana matura. Pamiętam również świetną atmosferę, jaka zawsze panowała w naszym LO oraz wszystkich znajomych, z którymi spędzałem wolne chwile.
Piotr Kanadys
student IV roku prawa
maturzysta 2007
„Non scholae, sed vitae discimus...”
Żeby zdobyć wiedzę nie wystarczy
wziąć do ręki krótki podręcznik,
lecz ogromnym porywem
trzeba zapalić serce.”
Św. Aurelius Augustinus
Rozpoczynając pracę jako nauczycielka języka łacińskiego w II LO w 1993 roku miałam świadomość współtworzenia zupełnie nowej szkoły, szkoły, która musi wrosnąć w społeczność, stać się jej integralną częścią poprzez nauczanie i wychowanie młodzieży. Teraz kiedy minęło już dziesięć lat i nadszedł czas refleksji, wraz z innymi nauczycielami mogę powiedzieć, że był to czas dobrze wykorzystany. Szkołę opuściło już sześć roczników absolwentów, a chociaż uczniów zwykle można porównać do rzeki Heraklita, jednak nasi absolwenci powracają do swej szkoły nie tylko wspomnieniami. Przychodzą do niej w czasie spotkań opłatkowych lub po prostu „żeby pogadać i spotkać się”. Wracają także na swoje praktyki studenckie, konsultują się ze swoimi dawnymi nauczycielami, korzystają z biblioteki szkolnej. Powracają też jako nasze koleżanki, nauczycielki, tak jak zrobiły to Ania i Karolina. Myślę, że o prawdziwej wartości szkoły świadczy postawa jej absolwentów, ich ciepłe wspomnienia i chęć powrotu w mury szkoły choćby na jedną, krótką chwilę.
W 1997 roku otrzymałam wychowawstwo w klasie biologiczno - chemicznej. Był to wyjątkowy zespół dynamicznych i niezależnych młodych ludzi. Praca z nimi wymagała przewartościowania moich wszystkich poglądów na rolę wychowawcy. Bo jak tu dojść do porozumienia z trzydziestką ludzi o silnych osobowościach, z których każdy uważał, że jest w klasie najważniejszy, a przynajmniej wyjątkowy. Myślę jednak, że cieszyłam się ich zaufaniem skoro zwracali się do mnie ze wszystkimi swoimi szkolnymi problemami, prosili o radę i pomoc w rozwiązywaniu konfliktów. Ja z kolei unikałam autorytarnych rozwiązań. Nie narzucałam im swojej woli, raczej doradzałam i wysłuchiwałam wszystkich stron, ponieważ widziałam, że czasami chcą się po prostu wyżalić. Niekiedy podpowiadanie gotowych rozwiązań jest zbytnim zadufaniem dorosłych w swoją nieomylność. Są bowiem wartości, których nikomu nie możemy przekazać, bo każdy musi dojść do nich sam i to nieraz bardzo żmudną pracą. Po dwóch latach konflikty nagle ucichły i okazało się, że uczniowie zaakceptowali swoją indywidualność, nauczyli się współpracować i zaprzyjaźnili się ze sobą. Muszę przyznać, że byłam pełna uznania dla ich kreatywności, że cieszyły mnie ich przyjaźnie. Trwają one do dzisiaj, chociaż moi uczniowie studiują w różnych szkołach wyższych.
Patrząc z perspektywy czasu z sentymentem wspominam moich uczniów, wspólne wyjazdy na zielone szkoły: do Kazimierza, na Roztocze, na Polesie, wyjścia do kina czy teatru. Nigdy nie zawiedli mojego zaufania, chociaż zawsze podkreślali swoją niezależność. No cóż, specyfika młodości. Pamiętam wspólne wędrówki po szlakach przerywane radosnym „Sorko, sorko niech sorka zobaczy jakie super...”, „a sorka widziała”. Pamiętam mozolne wspinanie się na Górę Bukową i nużący, z powodu paskudnej pogody, szlak wokół Kazimierza i Męćmierza. Razem marzliśmy w schronisku w Józefowie i złościliśmy się z powodu zimnej wody. Czasami zabierali mnie w miejsca, które ich szczególnie zachwyciły (w Kazimierzu), albo, które chcieli koniecznie zobaczyć (cmentarz żydowski w Józefowie albo rozrywkową część Okuninki nad Jeziorem Białym). Razem z nimi wysłuchiwałam prelekcji przewodników na tematy ekologiczne na zielonych szkołach i podobnie jak oni odkrywałam zupełnie nowe oblicze otaczającej mnie przyrody.
Każdy z nich zajmuje szczególne miejsce w mojej pamięci. Każdy kojarzy mi się z jakimiś wydarzeniami lub cechą charakteru. Wiola i Agnieszka z niezwykłym wdziękiem i delikatnością, Karolina, Dorota i Agnieszka z dynamizmem i operatywnością, jeszcze inna Agnieszka z niezwykłym spokojem i chęcią pogodzenia wszystkich skłóconych, czwarta Agnieszka z poezją i poszukiwaniem swego ideału. Ewelina z cudownymi włosami i fenomenalnymi nogami, które nie wiedzieć czemu ciągle ukrywała w spodniach. Kamilę pamiętam za jej piękny uśmiech i skromność. Pamiętam też Anię, buntowniczą miłośniczkę rockersów, która pomimo dużej urody robiła wszystko żeby ukryć to przed całym światem pod czarną, skórzaną kurtką. Magda, która zawsze podkreślała niezależność swoich poglądów, choć nieraz przypłacała to ostracyzmem klasy. Wielka, w dosłownym znaczeniu, trójca: Maciek, Sylwek i Rafał, chłopcy, którzy zawsze chodzili wszędzie razem, grali w kosza i czarowali panie w bibliotece. Sebastian, zwany Pimpkiem, Łukasz i Piotrek często grywali razem z nimi, dlatego też wkrótce stworzyli dość zwartą grupę przyjaciół i wraz z Karoliną, Dorotą i Agnieszką do tej pory utrzymują zażyłe kontakty. Pamiętam też o Małgosi, która fascynowała się karate nawet wtedy, gdy zdrowie nie pozwalało na forsowne ćwiczenia. Z sentymentem powracam pamięcią do Adama, który chociaż „wolał czasami uczyć się w domu” jednak zaskoczył wszystkich dobrym przygotowaniem do matury. Przypominam sobie słowa pani wice-dyrektor, która zawsze powtarzała, że to taki zdolny chłopiec. Przemka pamiętam za niekonwencjonalne, aczkolwiek trafne, wypowiedzi i taki professional look, który krzepł w miarę upływu czasu. Potem dowiedziałam się, że chłopak bodajże od drugiej klasy liceum sam zarabiał na swoje kieszonkowe pracując jako przedstawiciel handlowy. Andrzej i Zbyszek, bliźniacy, wciąż budzili we mnie poczucie winy, że ich nie rozpoznaję. O moim stresie może zaświadczyć pewne zabawne wydarzenie. Kiedy w dniu swoich osiemnastych urodzin podeszli do mnie z tortem ja zadałam tradycyjne pytanie „no, dobrze, ale, który z was... ma dzisiaj urodziny?” Chłopcy taktownie przemilczeli to pytanie, ale cała klasa nie mogła się wychichrać przez co najmniej kwadrans. Z sympatią wspominam też energiczną Magdę i jej cichą przyjaciółkę Beatę, w której jednak tliła się olbrzymia pasja, bo ku mojemu zaskoczeniu zdała na AWF w Warszawie. Pamiętam też wspaniałe rysunki Damiana, który zawsze znajdował czas na doskonalenie swojego warsztatu i kolegów, którzy zaglądali mu przez ramię. Z ogromnym sentymentem wspominam też Kasię oraz dwie Anie, które zawsze były doskonale przygotowane do zajęć, a w wolnym czasie działały wraz z Kamilą jako wolontariuszki w KSM-ie. Ideały nie dziewczyny!
Myślę, że miałam duże szczęście spotkać takich ludzi jak moi uczniowie. Trzymam za nich kciuki, aby również ich dorosłe i odpowiedzialne życie było pełne szczęścia i sukcesów nie tylko zawodowych. Cóż mogę dodać jeszcze od siebie chyba tylko „dziękuję”, za to, że byliście naprawdę mądrymi i wartościowymi ludźmi i mam nadzieję, że płomień, o którym wspomina w motto Św. Augustyn, rozpalony w waszych umysłach tu w tej skromnej szkole, będziecie pielęgnować przez całe życie.
Urszula Jabłońska
wychowawczyni klasy B
w latach 1997-2001
Ciągle widzę ich twarze...
"Przeszłość nie wraca jak żywe zjawisko
W dawnej postaci - jednak nie umiera;
Odmienia tylko miejsce, czas, nazwisko
I świeże kształty dla siebie przybiera.”
A.Asnyk
26 kwietnia 2003 r. II LO w Świdniku będzie obchodzić dziesięciolecie swojego istnienia. Jaki związek ma ta lakoniczna informacja ze mną?
Od dziesięciu lat właśnie w tej szkole pracuję jako nauczyciel polonista i wychowawca młodzieży. Wcześniej byłam zatrudniona w Szkole Podstawowej nr 4. Kiedy moi pierwsi wychowankowie kończyli ósmą klasę i niebawem mieli opuścić szkolne mury, Ryszard Borowiec, ówczesny dyrektor SP nr 4, rozpoczął starania, aby w budynku „czwórki”’ powstało drugie w naszym mieście liceum ogólnokształcące. Co prawda sama jestem absolwentką I LO im. Władysława Broniewskiego, ale pomysł bardzo mi się spodobał. Wkrótce zabiegi dyrektora zostały uwieńczone sukcesem, władze miasta wyraziły zgodę na otwarcie nowej placówki.
Wszyscy zadawali sobie pytanie, kto w tej szkole będzie uczył. Od doboru kadry zależało przecież powodzenie przedsięwzięcia. Jako najmłodsza z polonistek, miałam najkrótszy staż pracy, niewielkie doświadczenie, ale chyba niezłą opinię, skoro wybór padł na mnie. Dyrektor postawił na młodych, właśnie tak wówczas motywował swoją decyzję. Wraz ze mną pracę w liceum podjęły panie: wicedyrektor Jolanta Dubaj, Barbara Lis, Dorota Tatrzańska – Kmiecik, Ewa Gawełda, Beata Falenta, Gertruda Lis, Maria Koper, Elżbieta Pawuła, panowie: Wojciech Burdzanowski, Andrzej Mańka i inni. Wyzwanie było dla nas inspirujące, ale i niezwykle zobowiązywało. Sądzę, że wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie, czy podołamy. We wrześniu 1993 roku liceum ruszyło, początkowo dwie klasy: ogólna i biologiczno-chemiczna. Uczyłam w obydwu, w klasie A ponadto pełniłam obowiązki wychowawcy. Do nowego liceum przyszli moi wychowankowie z podstawówki, absolwenci innych szkół świdnickich.
I tak zaczęła się tworzyć legenda, która trwa do dziś... Mała szkółka w ciągu dziesięciu lat rozrosła się i wypiękniała. Powstały nowe pracownie, zmienił się wystrój większości klas, przybyło pomocy naukowych. W trzecim roku funkcjonowania szkoły odbyły się uroczystości związane z nadaniem jej imienia. O wyborze na patrona poety –Krzysztofa Kamila Baczyńskiego zadecydowali ówcześni uczniowie. Obecnie uczy się w niej ponad czterystu uczniów.
Jaka atmosfera panowała w tych pierwszych latach? Moim zdaniem można ją nazwać prawdziwie rodzinną. Uczniowie i nauczyciele znali się doskonale, nie ograniczali wzajemnych kontaktów do zajęć lekcyjnych. Pamiętam wspólne rajdy i wycieczki w Beskidy, na Roztocze, do Krakowa i w Góry Świętokrzyskie, rozbite czoło Ani czy pryszcze na stopach Magdy (od zbyt ciasnych butów), wędrówki, ogniska, długie nocne rozmowy o życiu. Szymon, Asia, Ewa, Kasia, Piotr, Agnieszka, Małgosia, Ania z klasy B, Marcin, Darek i inni... W mojej pamięci są ciągle osiemnastolatkami, choć dziś mają po dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć lat, skończyli studia, pozakładali rodziny, pracują zawodowo, zaczynają robić kariery... Czasem spotykam ich na ulicy, przychodzą do szkoły na praktyki, przypominają sobie o mnie 14 października, na święta, przynoszą kwiaty, zaproszenia na śluby. Wzruszam się wtedy i cieszę ich szczęściem. W takich chwilach nie pamięta się o wagarach, jedynkach, problemach obecnych uczniów, o stertach klasówek i sprawdzianach, które nie wyszły najlepiej.
Magda, Ania, Kasia, Karolina zostały nauczycielkami - polonistkami, anglistkami. Ewa, Szymon, Agnieszka pewnie już skończyli prawo. A inni? Piotr wyjechał do Ameryki...
Praca z młodzieżą ma to do siebie, że co rok przychodzą nowi i wszystko zaczyna się od początku. Może tylko popełnia się mniej błędów wychowawczych, do wielu spraw nabiera się stoickiego dystansu.
Po klasie ogólnej przydzielono mi wychowawstwo w matematyczno-informatycznej. Same ścisłe umysły, jak mi się na początku wydawało. Zespół okazał się zdolny i ambitny. Uczyli się bardzo dobrze, brali udział w wielu olimpiadach przedmiotowych, konkursach. Dziewczyny pięknie recytowały, chłopcy pisali wiersze. Wspólnie zdobywaliśmy Tarnicę, Połoninę Wetlińską, Trzy Korony, koło Nowego Sącza przeżyliśmy awarię autobusu. To z ich inicjatywy zaczęłam prowadzić warsztaty dziennikarskie. Magda, Ewelina i Wojtek pisali wtedy swoje nieśmiałe artykuły, a Michał i Grzegorz składali pierwsze numery „Ecole”- szkolnej gazety, która ukazuje się do dziś. Potem zaczęło się odliczanie dni do matury, emocje związane z egzaminami i kolejny rocznik opuścił mury II LO.
Obecnie jestem wychowawczynią klasy III biologiczno-chemicznej i żyję jej problemami. Martwią mnie porażki moich wychowanków, cieszą sukcesy, wspólnie organizujemy konkursy, różne akcje, wyjazdy, marzymy o dalekich podróżach.
W ciągu dziesięciu lat nie tylko szkoła zmieniła swoje oblicze, ja również jestem starsza, na twarzy przybyło zmarszczek, ale niczego nie żałuję. Gdyby dziś kazano mi podejmować decyzję o wyborze zawodu, wybrałabym nauczycielstwo. Praca z młodzieżą daje dużo satysfakcji. Mam nadzieję, że moi wychowankowie wspominają mnie równie dobrze jak ja ich.
Wiesława Lisek
Ci, którzy byli pierwsi...
Był rok 1993...
Jak każdy ósmoklasista, musiałam podjąć decyzję o wyborze szkoły ponadpodstawowej. Czułam jednak, że jestem za młoda na podjęcie decyzji, która może zaważyć na moim przyszłym życiu. Jako zaledwie piętnastoletnia dziewczyna nie wiedziałam, kim chcę zostać, jaki wykonywać zawód. Uznałam, że najlepszą dla mnie szkołą będzie liceum ogólnokształcące.
Byłam dobrą uczennicą i nie ukrywam, że rozważałam możliwość dalszej nauki w jednej z renomowanych szkół lubelskich. Ich prestiż i długa tradycja kusiły mnie. Postanowiłam jednak dowiedzieć się czegoś o nowym świdnickim liceum, które utworzono przy Szkole Podstawowej nr 4. Po rozmowach z Dyrektorem, rodzicami i po wielu burzliwych dyskusjach w gronie rówieśników, zdecydowałam się zdawać do II Liceum Ogólnokształcącego w Świdniku.
Po pomyślnie zdanych egzaminach rozpierała mnie radość, lecz miałam także pewne obawy wynikające z tego, że rozpoczynam naukę w szkole bez tradycji, bez przeszłości. Moje duże oczekiwania równoważyła świadomość obowiązku, jaki na siebie wzięłam, obowiązku tworzenia tradycji mojej szkoły. W dużej mierze to właśnie od nas, uczniów, zależało czy będziemy mogli mówić, że chodzimy do dobrej szkoły. Nie trzeba było długo czekać, by usłyszeć opinie, że nowo powstałe liceum to szkoła na wysokim poziomie. Tak naprawdę doszłam do tego wniosku już po pierwszym roku nauki. Byłam dumna i zadowolona z wyboru, jakiego dokonałam.
Jest rok 2003...
Od tamtego czasu minęło dziesięć lat. W moim życiu to długi okres. Wiele się wydarzyło. Czy wówczas podjęta decyzja naprawdę miała istotny wpływ na moje życie? O tak!
To tutaj uświadomiłam sobie, jakie wybrać studia, jaki zawód. Tutaj zastałam przygotowana do dorosłego życia. Dziś mam możliwość realizować swoje marzenia, spełniać się zawodowo jako nauczycielka. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że przed dziesięcioma laty dokonałam trafnego wyboru.
Anna Sidor - Drwal
absolwentka rocznik 1997
Powrót po latach...
Cztery lata spędzone w II LO im. K.K. Baczyńskiego były dla mnie pięknym czasem, którego nigdy nie zapomnę. W mojej pamięci pozostanie wiele wspaniałych chwil przeżytych wraz z innymi uczniami mojej kochanej klasy biologiczno-chemicznej, której wychowawczynią była pani Ewa Gawełda. Myślę, że najważniejsza była atmosfera panująca między nami - pełna serdecznej przyjaźni i życzliwości. Nigdy nie nudziliśmy się na lekcjach dzięki takim nauczycielom jak p. Lisek, p. Burdzanowski, p. Wierzbicka, p. Szymaniak czy p. Kmiecik, którzy potrafili nas zaciekawić swoimi przedmiotami, ale również dzięki Arturowi Krawczykowi i Michałowi Kosmali, którzy na poczekaniu wymyślali niesamowite gagi wprowadzając właściwa dozę dobrego humoru. W ten sposób łatwiej nam było przetrwać dnie żmudnej nauki, tygodnie wypełnione sprawdzianami, kartkówkami i wypracowaniami. Taką bowiem cenę płaciliśmy za przywilej bycia uczniami II LO, które już od samego początku swego istnienia cieszyło się opinią nowoczesnej szkoły o wysokim poziomie. Warto było ponieść te wszystkie trudy, aby móc przychodzić tu każdego dnia i uczestniczyć w życiu tej szkoły i mojej wyjątkowej klasy. Bardzo miło wspominam również liczne akcje i imprezy organizowane w ramach alertu ekologicznego, takie jak akcje sprzątania świata, loterie fantowe, dyskoteki i wycieczki edukacyjne. Muszę jednak przyznać, że obecni uczniowie mają jeszcze większy wybór kół zainteresowań i zajęć pozalekcyjnych, co jest szczególnie ważne w czasach, kiedy coraz częściej młodzież poprzestaje na grach komputerowych, internetowym „czacie” i filmach z płyt CD
Bardzo wiele bym dziś dała, by móc choć na kilka dni przywrócić tamte cudowne chwile spędzone w murach II LO im. K. K. Baczyńkiego. Z wielką radością wróciłam tu jako nauczycielka języka angielskiego. Dziękuję wszystkim za ciepłe przyjęcie mnie do swego grona.
Karolina Kukawska
absolwentka rocznik 1998
"Zabawa i nauka?"
II LO im. K. K. Baczyńskiego ukończyłem w 2001 roku. Moją wychowawczynią była pani Lisek i do dziś wspominam ją bardzo dobrze. Pamiętam też doskonale panią Dorotę Tatrzańską - Kmiecik, nauczycielkę geografii, która przygotowała mnie do olimpiady z geografii, z sympatią wspominam nauczyciela historii, pana Burdzanowskiego i nauczyciela wychowania fizycznego, pana Woźniaka. To byli moi ulubieni pedagodzy, bo przecież zawsze ma się tych lubianych i nie lubianych, ale z perspektywy czasu myślę, że tych drugich nie było wcale. Być może to ja byłem zbyt uparty, nieznośny i momentami zadziorny. Teraz kiedy spotkam kogoś z byłych pedagogów grzecznie kłaniam się i uśmiecham, w duchu wspominając dawne stresy i błahe, z dzisiejszego punktu widzenia sprawy. Dla mnie ogólniak to był czas „nic nie robienia”. Miałem czas na wszystko, dużo czytałem, grałem na gitarze, „bawiłem się” w poezję śpiewaną, ale uczyłem się niewiele. Teraz studiuję prawo na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a od przyszłego roku będę jeszcze studiował filozofię. Kiedy byłem w ogólniaku trochę nie tak wyobrażałem sobie swoją dalszą drogę. Miałem studiować matematykę, geografię, albo pójść do szkoły morskiej. Decyzja o zdawaniu na prawo zapadła w połowie klasy maturalnej, jakby na gorąco, po namowach rodziców. Przez wszystkie klasy szkoły średniej oceny miałem kiepskie, ale maturę zdałem najlepiej z mojego rocznika, ze średnią 5,4. To było zaskoczenie dla wszystkich, oczywiście najmilsze dla mnie.
Z perspektywy czasu muszę przyznać, że to właśnie w ogólniaku ukształtował się mój charakter, sprecyzowały się moje zainteresowania, poznałem przyjaciół i kolegów, z którymi do dziś utrzymuję lepsze lub gorsze kontakty. Moi najlepsi koledzy ze szkolnej ławki studiują w innych miastach, dlatego widujemy się rzadko. Częstsze kontakty mam z ludźmi, z którymi graliśmy na festiwalach i konkursach różne pioseneczki i utworki. Tutaj nie sposób zapomnieć o pani Izie Olech-Bąk, naszej katechetce, która „zmontowała” nasz zespół, a potem wszystko potoczyło się już swoim torem. Paweł Trzciński - pianista, Marysia Procnal - wiolonczela i Ewelina Koniec - niezapomniany wokal. Ja grałem na gitarze. Na początku śpiewał też Marcin Zieliński, ale potem jakoś zrezygnował. W sprawach organizacyjnych i artystycznych pomagał nam jeszcze ksiądz Paweł Turowski, uczący religii w klasie maturalnej. Właściwie wszyscy byli przyjaźnie nastawieni i wyrozumiali - wiele rzeczy można było załatwić. Wyjazdy na koncerty, noclegi, jedzenie, wszystko było finansowane przez szkołę.
Z wielką sympatią wspominam panie bibliotekarki. One, mam nadzieję, mnie również. Były to bardzo sympatyczne osoby, z którymi można było zwyczajnie porozmawiać, kiedy człowiek miał na to ochotę.
Niezbyt dobrze wspominam tylko drogę do szkoły - miałem bardzo daleko, a musiałem chodzić na piechotę. Często się spóźniałem. Nauczyciele tego nie znosili. Jakoś się wykręcałem, ale jedno jest pewne w tym liceum za moich czasów to ja byłem „królem spóźnień”. Ich liczby nie pamiętam, ale była ona z górą trzycyfrowa.
W szkole przebywałem także po zajęciach. Często graliśmy z chłopakami w koszykówkę. Szkolne boisko było też miejscem spotkań towarzyskich.
W liceum nie uniknąłem jednak kilku błędów. Mogłem z większym zaangażowaniem uczyć się języków. Teraz nie mam na to czasu, ani ochoty, a wtedy miałem taką możliwość. Żałuję tez, że nie kontynuowałem nauki w średniej szkole muzycznej. Dzisiaj nie mógłbym tego pogodzić z moimi studiami.
Liceum wspominam dobrze. Było tam wesoło, spotkałem mnóstwo wartościowych ludzi. Z sentymentem patrzę w przeszłość na stare dobre czasy spędzone w ogólniaku.
Robert Bełczącki
absolwent rocznik 2001
"Nie zamieniłabym mojego liceum..."
Nazywam się Ewelina Mitręga, w latach 1998-2001 uczęszczałam do klasy ogólnej z rozszerzonym niemieckim.
To, co przeżyłam w LO im K. K. Baczyńskiego w ciągu minionych 4 lat przerosło moje najśmielsze pragnienia. Było super! Codziennie poznawałam jakiś nowy wycinek świata, otwierałam szeroko oczy i rozkładałam skrzydła.
Ale najwspanialsi byli ludzie, nauczyciele i uczniowie, których przyszło mi spotkać: świetny pan dyrektor Ryszard Borowiec, nieoceniona wychowawczyni pani Dorota Tatrzańska-Kmiecik, Pani Beata Piekarska, z którą biologia była przygodą, pani Renata Wójcik, która jeszcze przed zakończeniem negocjacji wprowadziła nas językowo do UE< pani Katarzyna Mądrachowska- dobra dusza, świetny historyk i pedagog- pan Piotr Jusiński, pan Wojciech Burdzanowski, na lekcjach którego nie straszne mi były nawet ataki bronią jądrową. Lekcje z panią Wiesławą Lisek, jak jedzenie rozgrzanych słońcem malin w leśmianowym chruśniaku, mijały mi słodko. Pani Dorota Kutnik natomiast zaczarowała mnie magicznymi kwadratami. Pani Halina Ciszewska pozwoliła zrozumieć, dlaczego świat się kręci, a pani Ewa Gałgan- jak powiedzieć „Life is brutal”.
Spotkałam tu moją największą miłość, księżycowego Łukasza, poznałam najlepsze przyjaciółki – Agnieszkę, Kasię, Ewę, Wiolę, Marcelinę, Elwirę, Anię i wiele, wiele innych fascynujących osób, które zawsze mają szerokie ramiona i tak dobre serca!
Nie zamieniłabym mojego liceum na żadne inne, a tym to trafniejsze spostrzeżenie, bo poparte upływem czasu!
Wszystkim bardzo serdecznie dziękuję!
Ewelina Mitręga
absolwentka rocznik 2001
| Ten artykuł nie był jeszcze komentowany |
| Zaloguj się, aby dodawać komentarze |


News
Galeria
Ogłoszenia
RSS
Kontakt

